piątek, 20 kwietnia 2018

Belladonna - Anne Bishop


tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
seria/cykl wydawniczy: Efemera tom 2
wydawnictwo: Initium
data wydania: październik 2012
liczba stron: 416

Belladonna” to druga część serii o nazwie „Efemera”. Uważam, że kontynuacja plasuje się na identycznym poziomie, co poprzedniczka. Dostałam od tej książki dokładnie to, czego oczekiwałam.
Świat rozpadł się na kawałeczki. Stał się płynną substancją silnie powiązaną z ludzkimi sercami. Świat, czyli Efemera dostosowuje się do najgłębszych pragnień i zmienia się pod ich wpływem. W krajobrazach grasuje Zjadacz świata. Żywi się negatywnymi emocjami, które są przecież powszechne. Jedyną osobą, która może pokrzyżować niecne plany Zjadacza Świata jest Glorianna Belladonna. Choć jak się prędko okazuje, kobieta nie jest wcale taka osamotniona ze swoim darem. Poznaje innych podobnych do niej, z podobnymi problemami…

Dźwięk starych ran, bolesnych wspomnień, głęboko pochowanych lęków”.

Ten tom skupiony został na postaci Glorianny. Oczywiście bohaterowie z pierwszej części są istotnym elementem serii i przewijają się przez karty powieści. Główna bohaterka zaintrygowała mnie już w „Sebastianie” swoją incydentalną obecnością. Trochę tajemnicza, trochę zagadkowa i nierozpoznana. Poznawanie tej bohaterki było dla mnie bardzo interesujące. Ciąży na niej wielka odpowiedzialność. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z misji, jaką musi wykonać i bierze na siebie to brzemię. Podkreśla ona wagę wypowiedzianych życzeń. Ukazuje także innym bohaterom, że większości decyzji raz podjętych nie można cofnąć. Reszta postaci tworzy ciekawy wachlarz charakterów. Niestety nowa postać, czyli Michael ukazał mi się jakoś dość nudny mężczyzna i nie wiem, co taka enigmatyczna, młoda kobieta jak Belladonna w nim widziała.

To moja tratwa, zbudowana z ułamków zniszczonego życia”.

O języku dokładniej pisałam przy części pierwszej. Styl tekstu jest prosty, a zarazem poetycki. Idealnie wpasowuje się w świat przedstawiony, dzięki czemu styk nie jest odbierany jako patetyczny.


Jeśli jestem skazany na mroczne miejsce, będzie to miejsce, które sam sobie wybiorę”.

Naprawdę nie chcę się powtarzać, ale światy, które tworzy Bishop są ogromnie oryginalne i w żaden sposób niepowielone. Od początku do końca stworzyła rzeczywistość w której żyją bohaterowie Efemery. Podziwiam ją za to. Poprzednia część poświęcona była rzeczywistości, jaką stworzyła Anne. Tym razem nasza wiedza o tej krainie została tylko delikatnie pogłębiona i usystematyzowana. Czytając „Belladonne” nie miałam żadnego problemu w zorientowaniu się w miejscu, którym się znalazłam. Autorka światy, które tworzy opiera na kobietach. To one są fundamentami, podwalinami, na których można coś budować i gwarantem bezpieczeństwa. To niewiasty w dziełach Bishop mają największy i najbardziej znaczący wpływ na akcję.
Autorka porusza także problematykę odrzucenia osób wyróżniających się. Życia, gdzieś na obrzeżach grup społecznych osób, które są inne. Ale także ważną kwestią przewijającą się w książce jest szukanie własne miejsca wśród ludzi i w świecie. Poszukiwanie własnego skrawka wszechświata, gdzie zostaniemy zaakceptowani. Wcale nie jest to takie proste, gdy się jest odmiennym.


Podróż życia. Po drodze wpływają na was inni, pomagają wam, krzywdzą was. Niektóre rzeczy zdarzają się, ponieważ na nie zasłużyliście. A inne dlatego, że z prądów Mroku wypływa okrucieństwo i podnosi się bez ostrzeżenia, zadając ból, raniąc, doprowadzając do tragedii, które mogę zniszczyć człowieka”.


Wątek miłosny był uroczy. Nie było zapowiadanego szumnie erotyzmu, ale ładnie i zgrabnie wpisał się on w atmosferę powieści. Lekko groźną, lekko filozoficzną, chwilami romantyczna.


Była wysublimowanym szaleństwem, cudowną wściekłością, boską obojętnością”.


To dobrze napisana powieść fantastyczna z nienachlanym wątkiem romansowym. Nie zawiodłam się. Mam nadzieję, że będzie wiedziała, kiedy skończyć, a nie tak jak w przypadku Czarnych kamieni, które mają już chyba tyle tomów, co Moda na sukces sezonów. Nie mogę doczekać się kolejnej części, mianowicie „Mostu snów. Głównym bohaterem będzie tym razem Lee – brat Glorianny. Darzę go sympatią, dlatego nie mogę się doczekać momentu, gdy poznam go bliżej.
6/10

sobota, 10 lutego 2018

"Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” Aleksandra Zaprutko-Janicka

Dodaj napis

Jaki obraz mamy przed oczami, gdy myślimy o przedwojennej Polsce. Prawdopodobnie widzimy pisarzy i poetów, którzy w tamtym czasie, przechadzali się uliczkami Warszawy/Krakowa/Lwowa, chłonąc niepowtarzalną atmosferę. Dwudziestolecie łączy się z dostojną Nałkowską, szalonym Witkacym i psychologiczną Kuncewiczową. W powszechnym przekonaniu dwudziestolecie międzywojenne było czasami piękna, szczególnego artyzmu i wyjątkowo dobrych manier. Kojarzy się nam ze wspaniałymi salonikami literackimi, na których cała śmietanka towarzyska bawiła się, omawiała problemy polityczne kraju i tworzyła historię.

O czymś zupełnie innym pisze Aleksandra Zaprutko-Janicka. Autorka skupia się nie na osobach uprzywilejowanych, spędzających czas na rautach. Zwraca uwagę na tę większą część społeczeństwa, która o zabawach mogła co najwyżej pomarzyć. Proste kobiety, które w dużej mierze całkowicie samodzielnie zarządzały chałupą lub gospodarstwem (zależnie na co mogły sobie pozwolić). Przemiany społeczne i możliwość pracy zawodowej często im (wbrew pozorom) nie sprzyjała, gdyż, mimo że dzięki pracy usamodzielniły się, to jednak tzw. obowiązki domowe wciąż zostały w 100 procentach na głowach kobiet.

Taki stan rzeczy skutkował tym, że kobiety wyrobiły sobie zmysł przedsiębiorczości. Zaprutko-Janicka pokazuje jak kobiety radziły sobie na dwa etaty, jednocześnie będąc pozbawionymi współczesnych udogodnień takich jak chociażby lodówka (co sprawiało, że podstawowe zakupy spożywcze musiały być robione bardzo często). To przedsiębiorczość zwykłych Polek sprawiała, że świat nie rozsypał się w posadach, gdy następowały polityczne zawieruchy. Wiele rodzin w tamtych czasach żyło w skrajnym ubóstwie i państwo Polskie nic z tym fantem nie robiło. Kobiety musiały nalewać z pustego w próżne, by wykarmić rodziny. Pisarka odziera z mitu Dwudziestolecie Międzywojenne, pokazując, że był to prawdziwie dramatyczny czas dla wielu rodzin, dla których jedyny posiłek mogła stanowić kora wymieszana z trawą.

Język „Dwudziestolecia od kuchni” jest fantastyczny. Prosty, lekki, publicystyczny. Publikację czytało się bardzo szybko. Autorka odwołuje się do źródeł, jednak nie czyni ze swojej książki hiperlinku do innych publikacji na ten temat. Dzięki temu odebrałam tę książkę bardziej jako fabularyzowaną historię wielu kobiet, aniżeli rozprawę naukową. To wielki plus, bo sprawiło to, że publikacja jest przystępna dla każdego.

Jednocześnie „Dwudziestolecie od kuchni” nie jest bardzo szczegółowe, ani rozwlekłe. Trudne tematy pisarka często omawia na ledwie kilku stronach. Przyczynia się to do pewnych uogólnień, ale jednocześnie upraszcza książkę, przybliżając ją do przeciętnego konsumenta. Według mnie można to uznać za zaletę, a w razie gdyby „Dwudziestolecie od kuchni” (nomen omen) rozbudziło apetyt można sięgnąć po którąś z pozycji wymienionych w bibliografii, które z pewnością będą bardziej szczegółowe i prezentowały omawiany problem w szerszym kontekście.

Bardzo interesującymi fragmentami książki były rozdziały o wprowadzaniu udogodnień w domach Polek takich jak gaz i elektryczność. Nie wiedziałam, że urzędy organizowały specjalne spotkania, na których kobiety mogły za darmo nauczyć się korzystać z tych nowinek.

Dwudziestolecie od kuchni” to fantastyczna publikacja, dzięki której mogłam wkraść się do domów przedwojennych kobiet. Odwiedziłam chłopskie chaty jak i domy zamożniejszych kobiet, które mogły pozwolić sobie nawet na... lodówkę! Wiem już jak wyglądało poprawne nakrycie stołu na przyjęcie gości, a także dowiedziałam się jak wówczas wyglądał wielkanocny koszyczek ze święconką. Poznałam także menu na święta Bożego Narodzenia i kto wie, może nawet wykorzystam niektóre dania? W razie gdybym potrzebowała informacji jak wywabić plamy z czerwonego wina to również sięgnę po tę książkę. Chociaż nie. Szybciej będzie, gdy użyję Internetu. Dodatkowym profitem są piękne zdjęcia i przedruki reklam pochodzących z tamtych czasów, dzięki czemu mogłam lepiej sobie zobrazować opisywane tematy.

Szczerze polecam tę książkę!


wtorek, 30 stycznia 2018

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

„Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Jung Chang

Całkiem prawdopodobne, że właśnie przeczytałam najlepszą książkę w 2018 roku. Podejrzewałam, że powieść ta przypadnie mi do gustu, nie podejrzewałam jednak, że do tego stopnia mną wstrząśnie i pochłonie. Stałam się częścią opisywanej rodziny i współodczuwałam wraz z nimi.

„Jednak jej największym majątkiem były krępowane stopy, zwane po chińsku „siedmiocentymetrowymi złotymi liliami”. Oznaczało to, że jej chód był jak „kołysanie się młodych pędów wierzby w wiosennych powiewach”, jak to ujmowali chińscy znawcy urody kobiecej. Widok kobiety kołyszącej się na krepowanych stopach miał działać na mężczyznę erotycznie, ponieważ jej bezradność budziła opiekuńcze uczucia w patrzącym”.

Miałam przyjemność poznać trzy pokolenia kobiet, których życia wpisują się w dramatyczną historię polityczną Chin.  Jung Chang tworzy opowieść o swojej babci, matce i o sobie samej, bardzo sprawnie pokazując jak życie ludzi zostało całkowicie podporządkowane politycznym machinom terroru. Pokazała także jak Chiny przekształcały się pod wpływem zmian politycznych. Chiny były wielkim buzującym tyglem napięć, konfliktów i wrogich frakcji, które walczą ze sobą o władzę i wpływy, nie przejmując się anonimowym człowiekiem, który cierpi. To anonimowemu człowiekowi autorka oddaje głos. Opisuje to dzięki przypadkowi swojej rodziny – ale co rodzina to osobny dramat. W małym preparacie badawczym, jakim jest jej rodzina, pokazuje losy całych Chin.

„Nawet okazywanie uczuć własnym dzieciom było źle przyjmowane — jako wyraz rozszczepionej lojalności. Każda godzina — o ile nie jadło się lub nie spało — powinna należeć do rewolucji i pracy. Wszystko, co nie było związane z rewolucją, jak na przykład noszenie dzieci na rękach, powinno trwać jak najkrócej„.
Książka ma sporą liczbę stron, ale jest to wskazane i bardzo słuszne posunięcie pisarki. Dzięki temu książka jest szczegółowa, wielowątkowa, opisująca dobrze atmosferę, zwyczaje, nastroje społeczne. Zupełnie inne było życie babci od życia chociażby jej córki, tym samym każda z tych kobiet przeżywała osobisty, prywatny i całkowicie osobne zdarzenia.  Nie dało się tego streścić w kilku słowach. Konieczne było dokładne oddanie atmosfery, tradycji i charakteru danego czasu. Wszystkie opisane kobiety zasługiwały na to, by potraktować je z czułością i zrozumieniem.  
„Zdolna kobieta potrafi zrobić posiłek bez żywności”.

Jednak to nie jest tylko smutna historia kobiet z tej rodziny. To także bardzo wnikliwy opis reżimu Mao Tse-tunga. Pokazane zostało jak kształtowała się boska cześć, którą otaczano wodza, opisane zostały polityczne machinacje, które prowadził, by utrzymać swoją bezwzględnej i prawie boską władzę. Jednak „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” skupiają się także na niższych urzędnikach i pokazują, co nawet niewielka ilość władzy robi z niegodnymi jej ludźmi. Kampanie Mao zostały  wykorzystane przez nikczemnych urzędników do osobistych celów, często wendet. Kraj pogrążył się w chaosie, ponieważ nikt nie mógł ufać nikomu – dzieci odwróciły się od rodziców, mężowie od żon, każdy oczekiwał, że druga osoba jest donosicielem.

„… rodzice dziewczynki sprzedają wędzone mięso. Uprowadzi i zamordowali wiele małych dzieci. Sprzedawali je potem jako mięso królicze po ogromnie wysokich cenach”.

Połączenie tych dwóch aspektów  tj. bardzo prywatnych zapisków dotyczących życia kobiet z aspektem politycznym dotyczącym całych Chin sprawia, że książka niesamowicie wciąga i w ogóle nie nudzi. Wielka polityka niezbyt mnie interesuje, ale to że została ona sprowadzona do poziomu zwykłego człowieka, który czuje, myśli i cierpi, sprawia, że stała się przystępniejsza, groźniejsza zarazem, bo to zupełnie inaczej usłyszeć, że na skutek głodu wywołanego błędnymi poczynaniami Mao Tse-tunga zmarło 30 milionów ludzi, a co innego, gdy poznajesz ich imiona, znasz ich historię i obserwujesz jak umierają przez puchlinę głodową. Partia wchodzi w każdy aspekt życia człowieka. Ingeruje w to, jak ludzie spędzają wolny czas, w co chodzą ubrani. Matka Jung jest krytykowana za to, że zdarzyło jej się płakać, gdy była wyczerpana marszem. Nie wolno jej było także płakać po poronieniu – płacz był wymysłem burżuazji. Wszelkie naturalne odruchy takie jak rozpacz, śmiech, radość, smutek były wyrugowane z życia społecznego.

„Ojciec jest bliski, matka jest bliska, ale nikt nie jest tak blisko jak przewodniczący Mao”.

Każde wydarzenie z osobna wstrząsa i jest osobnym dramatem – straszne jest gdy czytamy o tym, jak babci Jung (nie miała nawet imienia, nazywano ją –drugą córką) krępowano stopy. Opis zmaltretowanych stóp jest bardzo dosadny. Okazało się, że takie stopy, mimo że śmierdziały, były silnym afrodyzjakiem. Kobieta poruszała się na zdeformowanych stopach bezradnie, przez co mężczyźni mogli poczuć się przy nich bardziej męsko.  Straszne jest to jak matka Jung jest katowana, by przyznała się do niezawinionych win. Po pewnym czasie wszystkie te nieszczęścia układają się w łańcuch ciągłego smutku. Matka była jednocześnie rozsądna, ale też oddana komunizmowi bezgranicznie. Przedstawiona była jako osoba mocno ideowo zaangażowana. Wszystko co robiła, czyniła dla wyższego dobra. Ojciec zaś był przede wszystkim działaczem partyjnym, a dopiero potem mężem i ojcem. Miał bardzo sztywne zasady moralne i był wręcz fanatycznie uczciwy, nawet jeśli od kłamstwa zależało jego życie, to wolał cierpieć katusze, niż zrobić coś przeciw sobie. Dzięki temu została pokazana także pewna prawda o partii – partia komunistyczna to nie tylko bezduszni, straszni sadyści. To także dobrzy ludzie, którzy chcieli lepszego świata. I nadal pewnie chcą. . Dramatyczne były także losy Jung Chang. Kobieta opisała fakt, że odebrano jej dzieciństwo. Nie mogła zbuntować się przeciwko rodzicom, nie mogła się zakochać w sąsiedzie, nie mogła być próżna i skupiona na własnym wyglądzie. Cała jej energia i jej rodzeństwa skoncentrowana była na tym, by ratować lżonych i bitych rodziców przed szaleństwem.

„Obelgi związane z kobietą mają w języku chińskim graficzny, obrazowy charakter: „czółenko” (od kształtu narządów płciowych), przelewająca się lampa olejowa (zbyt często się „puszcza”) i zdarty but (często używana)”.

Wielość osób i wydarzeń przedstawionych w „Dzikich łabędziach” nie powoduje chaosu. Ta mnogość buduje epickość fabuły i daje pełny obraz sytuacji chińczyków. Jeśli pojawiało się uczucie chaosu, to wynikało ono z faktu, że życie w Chinach w tamtym czasie było chaotyczne, nielogiczne – jednego dnia spokojnie pracujesz i spędzasz dni z rodziną, następnego dnia jesteś oskarżony o to, że jesteś „uczniem kapitalizmu” bez dowodów.

„Przyjm, proszę, moje przeprosiny, które przychodzą o całe życie za późno”.

Polecam osobom, które tak jak ja fascynują się losem jednostki w historycznych zawieruchach. Podczas wojen i przewrotów tak łatwo zapomnieć, że zamordowany człowiek miał imię, nazwisko, rodzinę i przyjaciół. I ktoś po nim płacze. To prawdziwa epopeja, ujmująca problemy jednostki i całego kraju jednocześnie. Mimo swojej objętości bardzo wciąga. Mocno zżyłam się z bohaterkami i przeżywałam wszystkie ich wzloty i upadki (a tych drugich było więcej). Wiele dowiedziałam się na temat historii Chin i dostałam wgląd w psychikę Chińczyków i lepiej rozumiem to, dlaczego poddali się reżimowi Mao Tse-tunga. Polecam! 10/10

piątek, 5 stycznia 2018

Jaka piękna iluzja – Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską

Liczba stron: 264

Szczera rozmowa dwóch kobiet jest czymś, co najgłębiej mnie porusza. Rozmowy, w których spotykają się różne sposoby patrzenia na świat i postrzegania rzeczywistości dotykają mnie bardzo głęboko. Zwłaszcza takie rozmowy, w których obie panie są dla siebie łaskawe i pozwalają swoim myślom płynąć. Tulli razem z Dąbrowską skupiają się na emocjach i opowiadają o miłości, stracie, macierzyństwie i nie tylko. Bardzo ważnym tematem jest opresja.

Wydawać by się mogło, że ta rozmowa jest odrobinę sztampowa. Wszak powyższe tematy są... takie przegadane. Możliwe, niemniej Magdalena Tulli nadaje swoim przemyśleniom wymiar nieomal metafizyczny. Widać, że jej styl bycia ciągle orbituje gdzieś wśród poetyckości. Książka zachowuje formę wywiadu rzeki, jednak niewiele w niej „wywiadu” tradycyjnie rozumianego. To bardziej rozmowa, wymiana doświadczeń, przy jednoczesnym obdarowaniu Magdaleny Tulli mnóstwem przestrzeni na wypowiedzi. Jej odpowiedzi (używam nomenklatury właściwej tradycyjnym wywiadom) są obszerne i wielowątkowe. Tulli zahacza o wiele trudnych dla niej i dla nas tematów.

Książka podzielona została na 12 rozdziałów, a każdy z nich scharakteryzowano jednym słowem. Mimo że rozmowy mają ten punkt przewodni to jednak czuć taką spontaniczność, w przechodzeniu z tematu na temat oraz brak scenariusza, który narzucałby kolejne punkty do odhaczenia. Przy tym wszystkim rozmowa jest uporządkowana, nie czuć chaosu myślowego, a zarazem naturalna i swobodna – to naprawdę sztuka!

Dowiedziałam się, że Magdalena Tulli lubi muzykę i śpiewa w chórze. Miała nawet doświadczenia podobne do mnie – też musiała stać pod tablicą i śpiewać piosenki na ocenę. Gdy ja to robiłam czułam się upokorzona i zgnębiona, a moje gardło zaciskało się i ledwie mogłam wydać z siebie dźwięk. Pisarka miała to szczęście, że po latach spotkała swojego nauczyciela muzyki i mogła mu powiedzieć, co wówczas czuła – jednak nie zrobiła tego. Może i dobrze. Podobnie jak ja rozwiązuje konflikty - poprzez wycofywanie się. To także mój ogromny defekt – milczę, gdy powinnam się postawić.

Ciekawym aspektem są również aspekty polityczno-społczene poruszanie w tej publikacji. Tulli razem z Dąbrowską analizują to, czy Polska jest na etapie tracenia wolności i czy dwie tak agresywne frakcje, które można zaobserwować w Polsce, mogą żyć w jednym państwie. Porusza także tematykę uchodźców. Przyznaje, że codziennie myśli o uchodźcach i myśli o tym, że kto wie, czy kiedyś nie zdarzy się to nam. Tulli stała się czymś w rodzaju mojego głosu sumienia.

Bardzo poruszyła mnie wypowiedź Magdaleny Tulli: „Jeśli cierpienia nie są nagłe i gwałtowne, większe niż na co dzień, organizm umie tak zrobić, żeby ich nie czuć. Takie ciężary dźwiga się inaczej. Nie w rozpaczy, tylko w nieczuciu, w jakimś wewnętrznym ubóstwie”. Poruszyło mnie to i chcę poznać dokonania powieściowe Magdalny Tulli. Dodatkowo bardziej przyjrzę się karierze Justyny Dąbrowskiej, ponieważ bardzo podoba mi się styl prowadzenia przez nią rozmów. Irytuje mnie, gdy dziennikarze podczas wywiadów próbują zabłysnąć bardziej niż gość i zamiast skupić się na rozmówcy to przedstawiają swój punkt widzenia – na wszystko. W przypadku książki „Jaka piękna iluzja” coś takiego nie miało miejsca. Dąbrowska chciała się czegoś dowiedzieć o Tulli i nie próbowała zawłaszczać rozmowy. Jest dla mnie fantastyczną dziennikarką ze świetnym warsztatem.

Wydanie nie zachwyca. Książka zachwyca.

7/10

niedziela, 26 listopada 2017

Historia kotów - Madeline Swan

Nie jest tajemnicą, że kocham koty miłością szczerą, acz nieodwzajemnioną. Z wielkiej miłości zrodziła się potrzeba przeczytania "Historii kotów" autorstwa Madeline Swan. Sięgnęłam po nią i... przepadłam w gąszczu ciekawostek i kocich anegdot.

Swan zachowuje chronologię, tym niemniej bardziej niż na faktach skupia się na anegdotkach i pojawianiu się mruczących przyjaciół w tekstach kultury. Ich popularność na przestrzeni wieków może przypominać sinusoidę - koty doświadczały wahnięć popularności - od nienawiści i bezwzględnego mordowania, aż po czczenie w starożytnym Egipcie (któremu poświęcona została duża część książki).
Anegdoty i analizy, chociażby tekstów literackich, są bardzo krótkie, migawkowe wręcz. Przyznam, że to trochę dla mnie za mało. Chciałabym głębszego wniknięcia w problematykę kocią na przestrzeni wieków. Ponadto autorka posługuje się schematycznym myśleniem i postrzeganiem- dla przykładu koty lepiej pasują do pisarzy, bo psy są zbyt hałaśliwe. Pisarze, z tego co wiem, mają bardzo różne charaktery - są pisarze weseli, smutni, otwarci, zamknięci, rozrywkowi i introwertyczni. Nie jest tak, że jest jeden model pisarza, który Madeline Swan akceptuje, ludzie są różni, a ich charakterów nie determinuje zawód, który wybierają.

Przy tym wszystkim autorka w ciekawy sposób zgromadziła kocie opowieści w jednym miejscu, za co należą się jej ukłony. Z przyjemnością oglądałam obrazy, zdjęcia i ryciny przedstawiające koty z różnych wieków i kultur, a nawet zdarzało mi się uśmiechnąć w reakcji na opowieść o jakimś kocie. Jedną z moich ulubionych ciekawostek jest ta o bitwie o Palazjum Persów z Egipcjanami. Otóż Egipcjanie mieli dużą przewagę nad Persami, więc wyniki bitwy były nieomal przesądzone na korzyść Egipcjan. Persowie zadziałali jednak sposobem - przeczesali okoliczne wsie, nałapali kotów, dzięki czemu w czasie bitwy każdy żołnierz dzierżył pod pachą kota. Jako że Egipcjanie uważają koty za święte, żaden nie podniósł ręki na przeciwnika z kotem. Tym sposobem Persowie wygrali, zdawałoby się, straconą bitwę.

To ładna, miła i urocza książka. Została wydana bardzo starannie, okładka jest fantastyczna (mam torbę z tym obrazkiem : ) ) i z przyjemnością ją czytałam. Madeline Swan niestety nie ustrzegła się pewnych uogólnień w postrzeganiu kotów, a także nie pogłębiła, w mojej opinii, wystarczająco tematu. Mam wrażenie, że koty jeszcze czekają na biografię godną ich pozycji społecznej. Póki co - 7/10

środa, 1 listopada 2017

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand
Liczba stron: 192
I co z tą książką zrobić? Historia sama w sobie jest taka... niewciągająca. Ale z drugiej strony jak może być wciągająca, przecież, jak klasyfikuje wydawnictwo, książka ta przynależy do serii "biblioteka wykształciucha". Widział kto kiedy wykształciucha, który czytałby ciekawą, na planie fabularnym, książkę? No, ja też nie.

A przy „Siedem dalekich rejsów” jest powieścią fascynującą. Leopold Tyrmand, w dzisiejszych czasach, mógłby pisać dialogi do... komedii romantycznych. Ale nie tych durnych, polskich pseudo-filmów, tylko do tych najlepszych, skrzących się inteligentnym żartem. Tyrmand wykreował w omawianej przeze mnie książce atmosferę ciągłego starcia się dwóch charakterów i erotyzmu. To wszystko na tle niebanalnej, a jednocześnie niewciągającej historii dotyczącej dzieła sztuki. I mimo że w tle rzeczywistość skrzeczy, jest groźnie, a Polska Ludowa przeraża swoją nieuchronnością, od Bałtyku wieje chłodny wiatr, to jednak najważniejsi w tej historii są ona i on.
Nie zamierzam przytaczać biografii Tyrmanda, kto ciekaw, sam znajdzie. Ważniejsza od biogramu jest dla mnie książka, która mimo niewielkiej objętości, serwuje wieloznaczne, niesztampowe postacie, które z przyjemnością się obserwuje jak robaki na szkle laboratoryjnym. Jak już wspomniałam książka liczy ok. 200 stron, ale mimo to czyta się ją niełatwo. Jest przeładowana dialogami, które chociaż błyskotliwe, nie popychają akcji naprzód. I dobrze, bo to przede wszystkim powieść o ludziach. A akacja... Jakie ma znaczenie akcja i jakiś durny obraz w obliczu erotycznego napięcia między dwojgiem ludzi? Nie jest to tylko sztuka dla sztuki, autor nie próbuje pokazać, że posiada talent do prowadzenia kunsztownych literackich rozmów. Pokazuje, że seks ma początek w głowie. I w głowie się kończy.
Wszystko to dzieje się w małym miasteczku. Małym miasteczku - nie Stephena Kinga. Nie ma tam mrocznej atmosfery. Jest to małe tyrmandowskie miasteczko, w którym każdy się zna, ale nikt nie wie o nikim nic "naprawdę". Wszystko jest przypuszczeniem, drugi człowiek nie interesuje nikogo, jest aura beznadziei, konieczności przeżycia do jutra. Jakoś.

Ładna ta książka, może nie najlepsza, ale naprawdę ładna - tym samym 7/10, ponieważ w pewnym momencie pojawia się chaos myślowy, brak porządnego rozwiązania akcji i solidnej puenty.


A na koniec Tyrmand na dziś, na jutro, oby nie na zawsze: "Dziś pesymizm nie jest ani wysiłkiem, ani niezależnością. Jest pierwszym wrażeniem po rozejrzeniu się dookoła. Stanowi najprostszy wniosek, jaki można wyciągnąć z obserwacji. Jest światopoglądem łatwiejszym. Ale dostrzegać dół kloaczny, zdawać sobie sprawę z jego głębi i smrodu, a mimo to pozostawać optymistą… to sztuka. Oto dumne bohaterstwo naszego czasu. Oto wspaniała, trudna, niebezpieczna, szlachetna ekwilibrystyka moralna, na którą tak niewielu może się zdobyć".

czwartek, 3 sierpnia 2017

Przeczucie – Tetsuya Honda

Przeczucie – Tetsuya Honda

Muszę przyznać, że kryminały to nie moja broszka. Nie chodzi o to, że mnie odrzucają, tylko nie wywołują na mnie wrażenia. Opisy zbrodni nie wstrząsają mną, ani nie powodują fikołków w żołądku. Wolę aspekt psychologiczny jeśli już. Po „Przeczucie” sięgnęłam z ciekawości. To coś innego, świeżego, jak mi się wydawało. Wiem, że niezbyt dużo kryminałów rodem z kraju kwitnącej wiśni jest wydawane w Polsce, więc chciałam zapoznać się z tym rzekomym Cesarzem Japońskiego Kryminału.


Główną bohaterką jest pani komisarz Reiko Himekawa. Jak na kobietę zajmuje wysokie miejsce w hierarchii policyjnej. Bada sprawę morderstwa mężczyzny, który został znaleziony w krzakach, zawinięty w folię, z ranami na brzuchu. Reiko, dzięki swojej niezwykłej intuicji, potrafi połączyć niełączące się na pozór fakty.

Akcja płynie powoli, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Honda wprowadza bohaterów, przekazuje informacje, prezentuje rozmowy z rodziną i znajomymi zabitego. Z wielu tych rozmów nic nie wynika, oprócz szkicowania tła i sylwetki zamordowanego. Ale także pokazuje to jak pracuje tokijska policja, charakteryzuje hierarchię występującą w szeregach japońskich stróżów prawa. Wielkim plusem jest tak skrupulatne i szczegółowe pokazanie metod pracy. Praca japońskich policjantów wydaje mi się dużo bardziej poukładana i zhierarchizowana niż Polaków.

Jeśli ktoś liczy, że poczyta sobie o zapierających dech w piersiach krajobrazach, to się rozczaruje. Autor nie poświęca Tokio zbyt wiele czasu, raczej jest to dla niego tylko miejsce akcji, które cechuje się określoną kulturą, ale mogłoby nim być dowolne inne duże japońskie miasto. Mnie to nie przeszkadzało, nie sięgnęłam po ten kryminał dla opisanych widoczków.

Sama fabuła jest bardzo ciekawa. Nie od razu mnie zaintrygowała, ale pisarz umiejętnie buduje napięcie. Kawałki układanki wyjawia niechętnie, a gdy to już robi, to konstrukcja układa się w całość. Niemniej jednak ja się nie domyśliłam, jakie będzie rozwiązanie. Było zaskakująco i ja się nie domyśliłam, co jest dla mnie ogromnym plusem. Widać, że zagadka kryminalna została gruntowanie przemyślana, więc jak dla mnie, bardzo duży plus za to.

Reiko opisana jest jako silna i nieustraszona kobieta. Niestety, tylko opisana. Z jej zachowań nie można za wiele o niej samej wywnioskować, jej postępowanie nie wskazuje szczególnie, by była aż tak silna, za jaką pragnie uchodzić. W gruncie rzeczy za cały jej charakter odpowiada trauma, którą przeżyła w wieku nastoletnim, a to jednak trochę za mało by stworzyć wielowymiarową i pełnowymiarową postać. Reszta postaci także niestety nie ma zbyt złożonych charakterów. Nawet „tak jakby” czarny charakter – Katsumata – składa się li tylko z tego, że gardzi kobietami i po trupach dąży do celu. Chociaż przyznaję, że jest on ciekawym bohaterem i mam nadzieję, że w kolejnych częściach nie zostanie zniszczony przez zbytni afekt do Reiko.

No i ta rzekoma intuicja. Nie żebym z niej kpiła – ale cóż – kpię. No po prostu nie zwołuje się płetwonurków, bo coś ci podpowiada kobieca intuicja. Po prostu nie, nawet jeśli koniec końców masz rację. Nie. Ponadto są oni schematyczni -  silna pani komisarz z mroczną przeszłością, zakochani w niej podwładni, wredny i ironiczny komisarz, który rzuca jej kłody pod nogi.

Cenna była początkowa rozpiska wszystkich bohaterów – naprawdę nie pamiętam większości imion  postaci. Tylko ona pozwalała mi jakoś poruszać się pośród nieomal identycznie brzmiących nazwisk.

Język jest prosty, jasny. Trochę nazbyt informacyjny, za mało opisowy. Niewiele emocji było opisane, co również, według mnie, jest minusem tej publikacji. Jednakże „Przeczucie” czyta się szybko i bezproblemowo.

Powieść Hondy wpisuje się w nurt powieści o policjantkach, które są dyskryminowane przez innych policjantów ze względu na płeć. Celują w tym amerykańskie pisarki takie jak pani Hamilton pisząca serię o Anicie Blake, czy też Nora Roberts, która opisuje przygody Eve z serii In Dead. Wydaje się jednak, że Honda poradził sobie z tym najlepiej. Pokazał to, nie jak ciekawostkę, lecz jako poważny problem społeczny, z którym kobiety w szeregach policji muszą zmagać się na co dzień. Doceniam.


Dobry początek serii. Mogłoby być lepiej, wierzę, że pisarz rozwinie postaci i nada im prawdziwe charaktery – 5+/10